Warszawska tęcza, czyli współczesny „Miś”

Spośród wszystkich niechlubnych incydentów, jakie miały miejsce podczas obchodów Święta Niepodległości w Warszawie, to właśnie spalenie tęczy na Placu Zbawiciela wzbudza największe emocje. Oświadczenia, komentarze, protesty i wiwaty płyną z każdej możliwej strony. Dyskusje na facebooku nie milkną, a wręcz przybierają na sile. Powstają fanpejdże i grupy, zarówno żądające odbudowania tęczy, jak i zdecydowanie sprzeciwiające się jej istnieniu. Krótko mówiąc – dzieje się.

Po przeczytaniu masy tęczowych wpisów, odpisaniu na mniej lub bardziej merytoryczne i zostawieniu bez komentarza tych mniej lub bardziej żenujących, dojrzałam do tego, żeby swoje przemyślenia zamknąć w mniej lub bardziej zwartej formie i więcej się w tej niezdrowo ożywionej dyskusji nie udzielać. Coraz bardziej zakrawa to na groteskę i to żywcem wyciętą z „Misia” Barei

Po co jest ten Miś? Warto zacząć od tego, skąd się „Tęcza” w ogóle wzięła i jaką miała pełnić funkcję. Otóż słynna już dzisiaj instalacja powstała jesienią 2011 roku w Brukseli w ramach projektu artystycznego z okazji prezydencji Polski w Unii Europejskiej. Na Placu Zbawiciela stanęła 5 czerwca 2012 roku i miała być jedynie letnią atrakcją. Co artystyczna „Tęcza” miała symbolizować? Według jej autorki, miał to być neutralny nośnik uniwersalnego przesłania miłości, pokoju i tolerancji dla mniejszości seksualnych. Miała budzić radość, uśmiech na twarzach i szereg optymistycznych skojarzeń. Wyszło niestety inaczej. „Tęcza” stoi na Placu Zbawiciela już drugi rok i nie zanosi się na to, żeby miała zniknąć. Zamiast pozytywnych emocji budzi kontrowersje i konflikty. Zamiast ozdabiać, przez większość czasu szpeci nadpalonym rusztowaniem.

Choć symbolika tęczy ma wiele interpretacji, w dzisiejszej kulturze utożsamiana jest dość jednoznacznie z globalizmem, multikulturalizmem i reprezentującym mniejszości seksualne środowiskiem LGBT. Dla środowisk prawicowych Tęcza jest obraźliwym kuriozum, promującym dewiację i sprzeczną z patriotyzmem ideologię. Kolejne podpalenia tęczowej instalacji mają wymiar światopoglądowej batalii o obronę fundamentalnych, chrześcijańskich wartości, a jej odbudowy finansowane z pieniędzy podatników odbierane są jako wyraz lekceważenia ze strony władzy. Entuzjaści Tęczy zgodnie twierdzą, że nie jest to narzędzie żadnej ideologii, ale niewinna dekoracja, która wzbogaca miejską przestrzeń Warszawy. Jest wytworem artystycznym a przede wszystkim własnością publiczną, której zniszczenie jest godnym najwyższego potępienia wandalizmem.

Wokół Tęczy rozpętała się nie tylko awantura, ale i cała społeczna inicjatywa. Bo to jest Miś społeczny. Dziś obywatele składają kwiaty na pogorzelisku tęczowego ołtarza. A w piątek zamierzają się pod tym, co z tęczy zostało, zbiorowo całować. Zakłady o to jaką część tego happeningu będą stanowiły pary „nie całkiem mieszane” można już chyba zacząć przyjmować. A wszystko zapewne po to, by udowodnić, że Tęcza nie jest żadną degeneracyjną propagandą.

Tęczowy konflikt wydaje się być z gatunku tych nierozwiązywalnych. Tutaj racja jest jak przysłowiowa dupa. Każdy ma swoją. I nikt ze swojej nie jest gotów zrezygnować. Dlatego też nie zamierzam już nikogo do swoich racji przekonywać. Nie zamierzam zajmować się tym, kto Tęczę podpalił, czy Ruch Narodowy jest w jakimkolwiek stopniu za to podpalenie odpowiedzialny i dlaczego nie. Nie zamierzam roztrząsać estetycznych wartości Tęczy, albowiem o gustach jak wiadomo dyskutować nie należy. Z dyskusji nad tym, czy Tęcza jest tworem ideologicznym, czy bezideowym nic natomiast nie wyniknie, więc i dyskusja mija się z celem. Bezdyskusyjnym natomiast jest fakt, że Tęcza jest zjawiskiem wysoce konfliktogennym i to właśnie tutaj rodzi się pytanie, które powinno być tematem właściwej debaty.

DLACZEGO WŁADZOM MIASTA TAK BARDZO ZALEŻY NA FINANSOWANIU Z PUBLICZNYCH PIENIĘDZY INSTALACJI DZIELĄCEJ SPOŁECZEŃSTWO I WYWOŁUJĄCEJ NAPIĘCIA???

Prezydent Warszawy, Hanna Gronkiewicz-Waltz zapowiada konsekwentne odbudowywanie Tęczy, której koszt to każdorazowo ponad 60 tys. złotych z kieszeni podatnika. Dlaczego z uporem maniaka obstaje za tak kosztowną, rzekomo neutralną ideologicznie dekoracją? Czy jest to jedynie przekora wobec niesubordynowanych obywateli? Udowadnianie czyj diabeł starszy i kto ostatecznie postawi na swoim? Jaka jest logika w marnotrawieniu takiej ilości publicznych pieniędzy na obiekt nie mający żadnej wartości politycznej? Jak to jest, że w dobie kryzysu, zawrotnego długu publicznego i ciągłych braków funduszy na najpilniejsze wydatki, możemy pozwolić sobie na „puszczanie z dymem” setek tysięcy złotych rocznie? Dla jakiej zasady? W imię jakich wartości? Lub może raczej należałoby spytać w imię czyich interesów? Władza ustawicznie demonstruje swoją arogancję, odbudowując Tęczę, która nie tylko psuje nastroje społeczne, ale może stanowić realne zagrożenie. Nie, nie polityczne. Takie normalne. Przy kolejnej próbie podpalenia komuś po prostu może stać się krzywda. Skoro ta cholerna Tęcza tak bardzo niektórym przeszkadza, tak bardzo się nie podoba i którą słusznie, czy nie słusznie, ustawicznie niszczą, to może ją po prostu usunąć? Tak dla świętego spokoju? Nie. Bo jak mówił prezes Ochódzki prawdziwe pieniądze zarabia się na drogich, słomianych inwestycjach. A za zasłoną dymną płonącej Tęczy, załatwia się prywatne interesy. Zdecydowanie cenniejsze niż święty spokój. Byle tylko w protokole zniszczenia się wszystko zgadzało.

Nie usprawiedliwiam podpalaczy. Nie jest to najbardziej konstruktywny, a przede wszystkim, jak widać, nie najskuteczniejszy sposób manifestacji. Można jednak z dużym prawdopodobieństwem założyć, że podpalenia następnych reinkarnacji Tęczy będą się powtarzać, a życie jej kolejnych wcieleń będzie coraz krótsze. W niedługim czasie stanie się to formą nie tyle walki z Tęczą i utożsamianej z nią ideologią, co kontestacją władzy jako takiej. Można oczywiście wypowiedzieć wojnę wrogom Tęczy i rozpocząć pokazową kampnię represji przyszłych, potencjalnych i niedoszłych zadymiarzy. Można postawić przy Tęczy cały kordon uzbrojonej policji, pałującej każdego gówniarza, który śmie się zbliżyć do Świętego Pomnika Tolerancji. To wszystko można. Tylko odpowiedzcie sobie Państwo na pytanie w jakim kraju żyjemy. I czy aby na pewno jeszcze w Niepodległym.

www.we-dwoje.plW tym roku po raz kolejny próbuję podbić Warszawę. Kolejny wniosek o program MOST złożony. Kolejna dawka nadziei i oczekiwanie w napięciu na decyzję. Wyrok zapadnie 30 czerwca. Swoją drogą, trzymajcie kciuki.

W wakacje czekają mnie praktyki, więc zjechać do stolicy planuję jak najszybciej. Wyzwanie brzmi – znaleźć sobie 4 kąty, które nie zrujnują mnie finansowo. Przeszukując oferty w Internecie, trafiłam na super ogłoszenie.

Zielony Ursynów, blisko metra. Umeblowane 14m2 po remoncie, tylko dla mnie. 500zł miesięcznie bez dodatkowych opłat i kaucji. Niebo do wynajęcia. Nic, tylko brać. Za piękne, żeby było prawdziwe? Owszem. Gdzieś musiał być haczyk, ale postanowiłam go poszukać po obejrzeniu mieszkania.
Oferta okazała się z pośrednikiem – niejakim biurem Parys. Zapamiętajcie tę nazwę i omijajcie szerokim łukiem. Warunkiem udostępnienia adresu mieszkania było podpisanie umowy z biurem i uiszczenie opłaty prowizyjnej w wysokości 200zł. Podejrzane? Pewnie tak. Ale nieobyty w korzystaniu z takich instytucji, spragniony własnego pokoju łoś dał się naciągnąć.

Po podpisaniu dokumentów i wpłaceniu prowizji interesujące mnie ogłoszenie okazało się być nieaktualne. Udostępnili kilka alternatywnych adresów. Jeden na Ursynowie. Zielona, spokojna okolica, ładny blok… i na tym plusy się kończą. Za 500zł miesięcznie oferowano pokój wielkości przedziału kolejowego, w mieszkaniu, którego smród czuć było już na klatce schodowej. Na Woli miałabym okazję mieszkać w muzeum. Pokój udekorowany starymi fotografiami i niezliczoną ilością bibelotów oraz wielką szafą, pełną rzeczy starszej właścicielki. Na moje rzeczy było miejsce w korytarzu. W szafie wnękowej, obok składzika na mopy. Z opóźnieniem, bo z opóźnieniem, ale „red alert” jednak mi zadziałał. Dzwoniąc z innego numeru, dowiedziałam się, że pokój, który pierwotnie mnie interesował, jak najbardziej, w dalszym ciągu aktualny i serdecznie zapraszają do biura. W domyśle – z dwiema stówkami. Serdecznie dziękuję, jedne dwie stówki już wpłaciłam. Proszę o adres mieszkania.

„To pani zadzwoni do Pana Piotra, ja tu tylko odbieram telefony…”

Pan Piotr poinformował mnie, że do 15 czerwca (była końcówka maja) w pokoju mieszka jeszcze obecny lokator, który nie życzy sobie „zwiedzających” i dopiero po 15 będzie można obejrzeć. Oferta miała być dla mnie zarezerwowana. W połowie czerwca przez trzy dni bezskutecznie próbowałam skontaktować się z biurem. Niestety, od mojego numeru przestano tam odbierać telefony. Kiedy zadzwoniłam z domowego, odebrano od razu. –Biuro nieruchomości , słucham… A Pani Joanna, nie ma nas w biurze, nie mamy dokumentów. Proszę zadzwonić w poniedziałek. W poniedziałek, w końcu, po tygodniu wydzwaniania, udzielono mi informacji, której już się spodziewałam. Ogłoszeniodawca się wycofał.
W międzyczasie na gumtree pojawiło się kolejne ogłoszenie o niemal identycznej treści – Ursynów, 14m2, 500zł. Kilka ulic dalej. Dostęp do adresu również identyczny. Dla mnie nieaktualne, dla osób dzwoniących na moją prośbę – jak najbardziej tak.
Tak więc znalazł się i haczyk. Pokój -ani jeden, ani drugi – najprawdopodobniej nigdy nie istniał a fikcyjne ogłoszenie miało za zadanie przyciągnąć do biura naiwniaków i od każdego wyłudzić dwie stówy. Takich naiwniaków jak ja jest na pewno znacznie więcej. Podobnie jak takich fałszywych ogłoszeń, wystawianych przez biuro „na pokuszenie”. Przypuszczam, że miesięcznie generuje to całkiem niezły obrót a większość osób, po usłyszeniu pierwszego „nieaktualne”, zadowala się innymi ofertami i nie ma pojęcia, że padło ofiarą oszustwa. Właściciel biura Parys twierdzi, że moje zarzuty względem jego firmy są wynikiem mojej choroby psychicznej. Możliwe. Jednak zamierzam zasięgnąć jeszcze opinii prokuratury. Tak na wszelki wypadek.

Nie ma pracy dla ludzi z moim wykształceniem

Gdy mówię, że studiuję dziennikarstwo, wiele osób patrzy na mnie z politowaniem i nieraz już słyszałam, że marnuję czas. Przecież po tym nie ma pracy. Przecież dziennikarstwo regularnie pojawia się we wszystkich rankingach najmniej przyszłościowych kierunków, w dodatku bardzo często na pierwszym miejscu. Przecież poza nieprzydatnym do niczego papierkiem, te studia nic nie dają, a dziennikarzem można być w zasadzie po czymkolwiek. Wybór studiów pod kątem zainteresowań, to przecież głupota i ekonomiczne samobójstwo.

Tylko czy naprawdę to studia są winne?

Socjologia, Politologia, Kulturoznawstwo. Filologia, Pedagogika, Marketing. Wielu absolwentów tych kierunków nie może znaleźć pracy w zawodzie. Dlaczego mimo swojej nieprzydatności, cieszą się, co roku, niesłabnącą popularnością? Odpowiedź jest, niestety, bardzo prosta. Wyższe wykształcenie, którym kiedyś mogli pochwalić się tylko najlepsi, stało się standardem. Uczelnie będące kiedyś kuźnią inteligenckiej elity, stały się przechowalniami młodych ludzi, którzy nie do końca wiedzą, co chcą zrobić ze swoim życiem. Kierunki humanistyczne, są powszechnie uważane za łatwe, więc jeśli gdzieś trzeba przezimować, to najlepiej tam. I znaczna większość zimuje. Czasem trzy lata, czasem pięć. Czasem jeszcze dłużej, bo do pracy nie spieszno, a na studiach przyjemnie. Są koledzy, jest zabawa, rodzice zadowoleni, że dziecko się uczy. Żyć, nie umierać.

Co z tego, że najlepiej opanowaną przez nich umiejętnością jest obsługa klawiszy Ctrl-C + Ctrl –V i odczytywanie czcionki numer 5 z ukrytej pod ławką ściągi, szczytem przedsiębiorczości odkupienie pracy zaliczeniowej od starszego rocznika, a najlepszym sposobem na sesję „Pan-da 3”? Lawirowanie i bumelanctwo, to przecież podstawa życia studenckiego. Zrobić, a się nie narobić. Z łatwością można przebrnąć w ten sposób nawet do magistra. Czas studenckiej beztroski w końcu jednak się kończy i trzeba zmierzyć się z bezwzględną rzeczywistością. Wygląda ona na ogół nieciekawie. Okazuje się bowiem, że absolwent w czasie studiów w ogóle się nie rozwinął, nie nabrał żadnego doświadczenia i niczego nie nauczył. A nawet, jeśli czegoś się nauczył, to już nie wiele pamięta. Pracę by jednak chciał i to najlepiej dobrą, bo przecież studia skończył, to mu się należy.

W tym samym czasie, na rynek pracy wchodzą absolwenci tych samych kierunków, którzy te bezsensowne studia wybrali celowo i świadomie. Są kreatywni, pełni pasji i zaangażowania. Mają swój cel i pomysł na siebie. Pod nieprzydatnym tytułem magistra widnieją w ich CV praktyki, staże i wolontariaty. W załączonej teczce, leży stos zrealizowanych projektów, potwierdzających nabyte na studiach kwalifikacje. Po nawiązanych w tym czasie współpracach, zostało w telefonie kilka przydatnych numerów.

Zdecydowanie rzadziej można usłyszeć od nich, że nie warto było studiować, że dla ludzi z ich wykształceniem nie ma w tym kraju pracy, a państwo się nimi nie interesuje. Wręcz przeciwnie. Radzą sobie świetnie. To właśnie oni realizują swoje pasje i ambicje. Oni idą do pracy z uśmiechem, czując, że to, co robią ma sens. I to właśnie oni odnoszą sukcesy. Bo sukces jest pochodną pasji i, choć może brzmi to patetycznie, dobrym można być tylko w tym, w co wkłada się serce.

Być może to naiwne, co mówię. Może jestem idealistką a moje poglądy są zupełnie oderwane od rzeczywistości, ale cieszę się, że studiuję to, co lubię i codziennie mam szansę rozwijać się w tym kierunku. Wiem, że podjęłam słuszną decyzję. Wybrałam kierunek bez przyszłości i jestem z tego dumna. A kiedy słyszę, że marnuję czas, uśmiecham się pod nosem. Zobaczymy…

Tarot – zabobon czy mapa życia?

TAROT – Większość „rozsądnie myślących ludzi” uzna to zapewne za głupotę, ciemnotę, zabobon i kompletne szaleństwo. Zwłaszcza w wykonaniu osoby, która aspiruje do wyższego wykształcenia i uważa się za jako tako inteligentną. Nawet moi znajomi, dowiadując się o moim, może niezbyt nowym, ale wciąż jeszcze świeżym hobby, reaguje podobnie. Pomału przyzwyczajam się już do podejrzliwych, sceptycznych spojrzeń, którymi obdarzają mnie, ilekroć zobaczą u mnie karty. Co zabawne, mina pt. „Nie wyglądała na stukniętą…” dość szybko ustępuje miejsca ciekawości i zamienia się w „Nie wierzę w takie rzeczy… ale możesz mi powróżyć?”. Mogę. Pewnie, że mogę.

Najbardziej lubię właśnie tę chwilę. Ten pełen sprzeczności wyraz twarzy, z którego można czytać, jak z otwartej księgi. „Nie wierzę, że się skusiłam… zabobon i tyle… Ciekawe, co wymyśli… na pewno trafi jak kulą w płot.” Jednocześnie lekki dreszczyk emocji… niepewność, czy przypadkiem nie potrafię wykradać cudzych myśli. Potem ten uśmieszek oczekiwania na satysfakcję znika… źrenice się poszerzają… i niemal zawsze pada to samo pytanie. „Skąd Ty to wiesz?”  Nie mam pojęcia. Nie wiem skąd wiem.  A jednak z tych kilku obrazków jestem w stanie wyczytać informacje, których nie mam prawa znać, a które potwierdzają się zaskakująco często. Przerażająco często.

Nie wierzę w przesądy, klątwy, uroki, horoskopy i amulety. Nie uznaję też przeznaczenia. Wierzę, że każdy z nas sam decyduje o swoim życiu a to co nas spotyka jest konsekwencją naszych wyborów i wyborów innych ludzi, które, mniej lub bardziej przypadkowo, wpływają na nasze życie. Dlaczego w takim razie wierzę w Tarota? Na początku wypadałoby wyjaśnić, czym tak naprawdę są te słynne karty. Wróżbą? Nie. Przepowiednią? Nie. Tarot to narzędzie pracy z podświadomością oraz sposób analizowania rzeczywistości. Wbrew temu, co się często o nim sądzi, nie jest elementem magii, ezoteryki ani astrologii. Jest to, moim zdaniem, zjawisko parapsychologiczne, które z czystym sumieniem można rozpatrywać w kategoriach niemal naukowych. Możliwości ludzkiego umysłu i natura czasoprzestrzeni wciąż są niezbadane. Istnieje jednak dobrze znana forma „przepowiadania przyszłości”, której od lat nikt już nie kwestionuje. Prognoza pogody.

Jeśli Jarosław Kret, twierdzi w „tefałenie”,  że w najbliższy weekend będzie lało, to nie dlatego, że ma kontakt z pradawnymi bogami, którzy potajemnie planują zesłać ulewę. Ktoś zbadał rozmaite fronty, wyże, niże, zachmurzenia i na tej podstawie wyciągnął wnioski. Deszcz się nie weźmie znikąd. Już dzisiaj istnieją czynniki wpływające na wydarzenia atmosferyczne w przyszłym tygodniu. Tarot działa podobnie. Służy bowiem nie tylko do odgadywania tego, co się jeszcze nie wydarzyło, ale też do analizy przeszłości i jej wpływu na teraźniejszość i przyszłość. To, co wydarzy się w przyszłości, jest wynikiem naszych wcześniejszych działań i obecnej postawy. Przyszłość nie jest nieunikniona. Zmienia się w zależności od naszych decyzji. Karty pomagają zanalizować sytuację, podpowiadają, dlaczego do niej doszło i jakie są perspektywy jej dalszego rozwoju. Dają wskazówki, ale nie odpowiedzi. Czasem śmieję się z tego, co widzę w kartach, bo podobnej odpowiedzi na zadawane pytania mogłabym udzielić i bez ich pomocy. Wyniki rozkładów bywają rozbrajająco logiczne. Czy dostanę awans? Tak, jeśli dasz z siebie w pracy więcej. Czy poznam nową miłość? Nie, jeśli nadal będziesz siedzieć w domu i obracać się wciąż wśród tych samych ludzi… Czy spełnię swoje marzenia? O ile przestaniesz marzyć, a zaczniesz coś robić. Takie odpowiedzi często rozczarowują pytających, którzy oczekują objawienia i gotowej recepty, której nie ma. Są też tacy, którym karty uzmysławiają błąd w myśleniu lub działaniu, z którego nie zdają sobie sprawy, lub do którego nie chcą się przyznać. Tarot pomaga wyciągnąć właściwe wnioski i zmienić sposób kierowania swoim życiem. Nie jest wyrocznią. Czym Tarot jest dla mnie? Przyjacielem, który wytyka mi błędy i daje dobre rady. Mówi prawdę o tym, kim jestem dzisiaj i pomaga kształtować jutro. Gdy pytam kart, jaka będzie przyszłość, odpowiadają niezmiennie. Taka, jaką stworzysz.

„W drodze” donikąd

Film „W drodze” w reżyserii Waltera Sallesa to, w tym sezonie, jeden z najgłośniejszych i najbardziej wyczekiwanych filmów, spoza ścisłego mainstreamu. Ekranizacja kultowej książki Jacka Kerouaca, uznawanej za najważniejsze dzieło literackie pokolenia bitników, nie ma jednak zadatków na powtórzenie tego sukcesu i zajęcie podobnej pozycji w historii kinematografii.

Powieść Kerouaca, to historia obfitująca w seks, seanse narkotykowe, podróże autostopem i kradzionymi samochodami. Fabuła należy jednak do dość monotonnych. Nie ma w niej widowiskowych pościgów, ani zaskakujących zwrotów akcji, co czyni ją trudną do filmowej adaptacji.  Długie, wręcz rozwlekłe, szczegółowe opisy i specyficzny sposób kreowania świata, stanowiące główny atut książki, na ekranie zupełnie się nie sprawdzają. Film jest pełen dłużyzn i bezowocnych, nic niewnoszących scen. W chaotycznej narracji i pozbawionych spójności sekwencjach mogą pogubić się nie tylko Ci widzowie, którzy zdecydują się na film bez uprzedniej lektury, ale nawet znający treść książki.

Najmocniejszym punktem filmu są bez wątpienia rewelacyjne zdjęcia, autorstwa Érica Gautiera. Obniżona saturacja, lekko nieostre, wyblakłe kolory, niczym ze  starych fotografii,  mają przenieść widza do Ameryki z połowy ubiegłego stulecia. Niestety, dysonans wprowadzają bohaterowie – uparcie współcześni, mimo całkiem przyzwoitej charakteryzacji. Na uwagę zasługuje jedynie Tom Sturridge – odtwórca niewielkiej, ale istotnej roli Carlo Marxa. Z dużą wrażliwością i autentycznością oddał samotność i rozterki młodego chłopaka, odkrywającego budzący się w nim homoseksualizm. Pozostałe kreacje aktorskie pozostawiają wiele do życzenia. Młodzi, zbuntowani, spragnieni życia ludzie, kontestujący zasady purytańskiego społeczeństwa, afirmujący totalną wolność – postaci tak złożone i wyraziste u Sallesa stają się płaskie, papierowe i bezbarwne. Kristen Stewart w roli wyzwolonej, spontanicznej i pociągającej Marylou, jest zupełnie nijaka – bezwolna, uległa, pozbawiona charakteru i wyrazu. Trudno oprzeć się wrażeniu, że odważnymi, rozbieranymi scenami stara się zerwać z grzecznym wizerunkiem Belli. Po całkiem udanym występie w „The Runnaways” wraca jednak do grania trzema minami.  Garrett Hedlund również nie zachwycił. Postać Deana Moriarty’ego – „szaleńca, ogarniętego szałem życia”, zdecydowanie go przerosła. Legendarny Dean w jego wykonaniu jest charyzmatyczny, ale niedojrzały, zagubiony i przerażony dorosłością. Ich życie w drodze nie jawi się jako szalona przygoda i pogoń za pełnią życia, ale jako smutna próba ucieczki przed samym sobą i oderwania od rzeczywistości. Bohaterowie, nie ciekawią, nie fascynują. Są obcy, nierealni i nieprzekonujący. Trudno się z nimi utożsamiać. Od początku do końca są mdli i bezbarwni, a ich emocjonalna ewolucja jest niemal niedostrzegalna. Reżyserowi nie udało się niestety powtórzyć efektu, jaki uzyskał w niemalże identycznych gatunkowo „Dziennikach motocyklowych”.  Oddał natomiast dekadencki nastrój pustki, smutku, bezcelowości i bezideowości życia, jaki towarzyszył ludziom pokolenia Beat Generation i który również dzisiaj towarzyszy wielu, wkraczającym w dorosłość dwudziestokilkulatkom.

Szeroko komentowany i wyczekiwany obraz, z wiele obiecującym tytułem, okazał się mocno rozczarowujący. Jest to ciężkie kino. Ponad dwugodzinny film męczy i nuży. Poza nagością Kristen Stewart, brak w nim elementów, które mogłyby zainteresować i przykuć uwagę widza na dłużej, niż pojedyncza scena. Próżno szukać tu aktorskich nominacji do Oskara. Nie będzie to również sztandarowa pozycja w reżyserskim dorobku Sallesa. Ekranizacja  „W drodze” mało kogo zabierze bowiem w podróż życia. To przedsięwzięcie okazało się być raczej drogą… donikąd.

Na zakręcie

„Pan widzi krzesło, ławkę, stół a ja rozdarte drzewo.”

A.Osiecka „Na zakręcie”

Czerwiec upływa mi pod znakiem osobliwego zawieszenia i niezwykle mieszanych uczuć. Moje życie całkowicie zdominowały przygotowania do planowanej przeprowadzki, która od kilku miesięcy jest głównym punktem odniesienia wszystkich moich zamierzeń. Pomału zaczynam opuszczać Toruń, w którym spędziłam ostatnie cztery lata. Bardzo dziwne cztery lata i jednocześnie bardzo ważne. Wypełnione doświadczeniami, które w znaczący sposób wpłynęły na moje życie. Toruń to piękne, magiczne miejsca, które zachwycają mnie za każdym razem, gdy na nie patrzę. Niejednokrotnie przynosiły mi spokój i ukojenie albo dawały siłę w trudnych chwilach. Miejsca, w których się śmiałam, w których płakałam, które dzieliłam z ludźmi, przez których lub dzięki którym, moje życie już nigdy nie będzie takie samo. Kiedy przyjechałam tu cztery lata temu, z całego serca chciałam aby Toruń stał się moim miejscem na Ziemi. Przez cztery lata nazywałam to miejsce domem. Przywiązałam się do niego. Zostawiłam tu część siebie i do tej części zawsze będę wracać, bo jakaś część mojego serca już zawsze będzie z piernika. Ciężko jest to tak po prostu zostawić ale dzisiaj czuję, że mój czas tutaj dobiegł końca. Jedną nogą tkwię w Toruniu, gdzie zamykam ostatnie potyczki z sesją i przymierzam się do pakowania. Miejsca dla drugiej nogi szukam pomału w Warszawie, której wręcz patologicznie do niedawna nie znosiłam i od której uciekałam gdzie tylko mogłam. A teraz… o ironio!… żyję nadzieją, że mnie ta Warszawa przyjmie jak tę córę marnotrwną, że mnie nie odrzuci i nie każe wracać z powrotem do Torunia. W sobotę zapadnie wyrok, czy całego zamieszania z przeprowadzką, nie trzeba będzie odwołać. W sobotę też kończy mi się meldunek w akademiku więc tak, czy siak, wyprowadzić się trzeba. I tak sobie czekam na sobotę, w tym niecodziennym rozkroku między Toruniem a Warszawą, co, trzeba przyznać, zakrawa już na szpagat. Ani w jedną stronę się na dobre ruszyć nie mogę, ani w drugą. A na wyjazd nastawiłam się tak bardzo, że myśl o niepowodzeniu napawa mnie panicznym lękiem. Tak panicznym, że przez ostatnie trzy tygodnie zaczynałam chyba z 6 rozmaitych wpisów i nie potrafiłam pozbierać myśli aby je w składną całość uformować. Stąd i ostatni zastój w moim blogowaniu. W głowie kołacze mi się tylko jedno pytanie. Co dalej? A raczej kilka pytań, które na to jedno się składają.

Czy UW przyjmie mnie na program MOST? A jak mnie przyjmie to jak ja tam sobie poradzę?

Odnajdę się w tej warszawskiej dżungli czy mnie tam zjedzą żywcem?

Czy mnie jakieś szanowne warszawskie media zechcą zatrudnić?

Czy to jest aby na pewno świat dla mnie? (tego pytania staram się do siebie nie dopuszczać, bo jeśli się okaże, że jednak nie, to sorry memory ale pomysły na życie mi się skończyły)

A jeśli nasz „wielki mały świat” zamknie mi znowu drzwi przed nosem, to co?

Którym oknem ładować się z powrotem? Jak nie zwariować?

Zmiany w moim życiu to żadna nowość. Ostatnio co roku zmieniałam swoją scieżkę. Dlaczego więc tym razem, zmiany aż tak bardzo na mnie oddziaływują? Może dlatego, że po raz pierwszy mają one wynikać z konsekwencji działania? Może dlatego, że wreszcie pojawia się szansa aby przerwać błędne koło kręcenia się w miejscu? Może w końcu uda się wyruszyć w tę swoją wielką podróż. Tylko chciałabym już wiedzieć, co jest za tym zakrętem.

Po drodze na horyzont

Pamiętacie jeszcze mój pierwszy wpis?

Gdy ponad trzy miesiące temu zakładałam tego bloga, obiecałam sobie, że coś się dzięki niemu, w moim życiu zmieni. Uroczyście postanowiłam, że zaczną się spełniać marzenia. Nie było łatwo ale dotrzymałam słowa.

Od kilku lat, konsekwentnie dobijam się do drzwi, za którymi, jak myślę, znajdują się moje „obiekty pożądania”. Dobijam się konsekwentnie, chociaż z różnym skutkiem. Skłamałabym mówiąc, że te drzwi pozostają dla mnie uparcie zamknięte. Otwierają się przede mną na tyle często, abym od obserwujących mnie z boku ludzi, mogła usłyszeć czasem takie słowa jak podziwiam, zazdroszczę, gratuluję. Otwierają się, pozwalając mi, przez krótką chwilę, stać się częścią tego, co chciałabym uczynić swoją codziennością. Co więcej, za każdym razem, udaje mi się podejść do tych marzeń odrobinę bliżej. Ciągle jednak natrafiam na dzielącą mnie od nich szklaną ścianę. Wszystko widzę i mam na wyciągnięcie ręki, ale mogę sobie na to jedynie popatrzeć. Kilka razy próbowałam tę niewidzialną barierę sforsować. Zbierałam siły, brałam rozbieg i z całym impetem… rozpłaszczałam się na szybie. Czasem dochodziłam do wniosku, że to wszystko nie dla mnie. Nieraz nachodziły mnie myśli, by zostawić wielki świat wielkim ludziom i, zamiast bawić się w kamikaze, zająć się tym, co mam akurat pod ręką. Jednak zaraz potem docierało do mnie, że jeśli porzucę zderzenia ze szklaną ścianą, prędzej czy później, zacznę ćwiczyć skoki z wieżowców. Założyłam bloga i z takim oto młotkiem wyruszyłam na przeklętą szybę. Decydującym starciem miał być konkurs na blogera Teatru 6 piętro. Brzmiało całkiem poważnie.

Pod koniec lutego, pełna zapału zasiadłam do pisania pierwszej, konkursowej notki, rozpoczynając trzymiesięczną przygodę z teatrem. Przygodę, która mogłaby posłużyć do napisania poradnika antybiznesu. Teatr wystawił na próbę nie tylko zdolności literackie swoich konkursowiczów ale także ich cierpliwość. Gdy skończył się termin nadsyłania finałowych prac, uczestnicy konkursu zostali poinformowani, że recenzje zostaną ocenione jak najszybciej, by nie trzymać ich zbyt długo w niepewności. Okazało się, że niestety, ten wyraz empatii był całkowicie gołosłowny. Początkowy termin wyłonienia zwycięzcy, który przewidziany był na 15 kwietnia, został przełożony o dwa tygodnie. A potem o następne dwa tygodnie… A w zasadzie, co najmniej 2 tygodnie, bo okazało się, że wybitnie nieścisły termin „nie wcześniej niż 15 maja” przypadł na 26… W międzyczasie na teatralnym blogu pojawiło się kolejne, populistyczne, puste zapewnienie, jakoby opóźnienia nie wynikały z arogancji jurorów ale z wysokiego poziomu nadesłanych recenzji. Jak to się stało, że miesiąc później okazał się on „niewystarczający” do wyłonienia zwycięzcy, pozostaje większą zagadką niż Tajemnice Smallville. Konkurs, którym w ogromnym napięciu i niepewności żyłam przez kilka miesięcy, nerwowo sprawdzając skrzynkę mailową, telefon i blogowe aktualności okazał się jedną wielką farsą. Dyrektorzy teatru zakpili z ludzi, którzy w tym konkursie pokładali swoje nadzieje. Zwodzili ich tygodniami tylko po to, by na koniec pozdrowić ich środkowym palcem twierdząc, że dla Teatru 6. piętro są za ciency w uszach.  Oczywiście nie powinnam być rozgoryczona, bo przecież znalazłam się w „szczęśliwej trójce”, którą szanowne Jury zdecydowało się wyróżnić. Wyróżnić zaproszeniem do Teatru. Tak, tego samego, który wypiął się na blogerów, pokazując dobitnie, jak głęboko w… poważaniu ma swoją publiczność. Wyróżnienie godne splunięcia w twarz.

W takich chwilach zwątpienie jest chyba naturalną reakcją organizmu. Czarne chmury, czarna rozpacz, niemoc. Doszukiwanie się na szklanej ścianie napisu KULOODPORNE i pierwsze od bardzo dawna łzy bezsilności.Nieodparta pokusa by rzucić wszystko w cholerę. Przemożna potrzeba zmiany czegokolwiek. To się musiało skończyć fryzjerem… Z nową fryzurą, w nowym kolorze, byłam gotowa stawić czoła światu.

Dzisiaj zadzwonił telefon z Onetu. Współorganizator konkursu na blogera postanowił uratować wizerunek przedsięwzięcia i wyłonić własnego zwycięzcę. Z trudem powstrzymywałam się by nie piszczeć w słuchawkę, słuchając nowej propozycji.

Propozycja współpracy redakcyjnej – publikowania wpisów ze zwycięskiego bloga w serwisach kulturalnych i rozrywkowych Onetu (literatura, muzyka, książka, teatr), a także możliwość podjęcia współpracy na zasadach komercyjnych w charakterze autora zewnętrznego. Dodatkowo proponujemy świadczenia promocyjne i zaproszenia na wydarzenia specjalne organizowane przez Grupę Onet.

Szklana ściana pękła z hukiem. Jedno, porządne marzenie wreszcie się spełniło. Kilka lat dreptania w miejscu w końcu nabrało sensu. Pojawiła się szansa, by ruszyć swoją drogą i wyrażać siebie. By pisać o tym, co kocham, o tym, co mnie wzrusza, co mnie bawi, co mnie wkurza. Dzielić się tym co we mnie i opisywać to co wokół mnie. Z zachowaniem niezbędnej mi do życia niezależności. I powiedzieć sobie, że jednak można, że było warto. Że się nigdy w życiu nie poddam. I dopóki mi starczy sił, będę marzyć. I będę walczyć. I rozpieprzać szklane ściany w drobny mak. I Was, kochani, proszę o to samo. Nigdy się nie poddawajcie!  Nawet jeśli brakuje nadziei. Zawsze do końca walczcie o swoje. Nie ważne ile razy będą Was wysyłać na koniec kolejki. Zawsze pchajcie się z powrotem. Jeśli zamkną Wam drzwi przed nosem to wybijcie im okno. W końcu się uda. I nigdy nie pozwólcie sobie wmówić, że nie jesteście piękni! Nigdy nie rezygnujcie z marzeń. Nie wyrzekajcie się siebie.  Nawet jeśli mówią, że to bez sensu, że tracicie czas. Czasami wystarczy jeszcze raz uderzyć. Nawet jeśli podążanie za marzeniami jest jak droga na horyzont, który wciąż się oddala. Warto go gonić. Coś tam przecież musi być :-)

PODZIĘKOWANIA:

Chciałabym podziękować całej ekipie ONETU, a w szczególności Panu Pawłowi Kostrzewie oraz Panu Miłoszowi Gruszczyńskiemu za docenienie mojego bloga oraz przyznane wyróżnienie dające mi szansę rozwoju.

Kocham Cię Mamo. Jesteś najlepsza na świecie!Przede wszystkim jednak, z całego serca dziękuję osobie dla mnie najważniejszej – mojej Mamie. Bez niej, nie było by mnie tu gdzie jestem. Dziękuję za to, że zawsze mnie wspierała. Za to, że czekała aż znajdę sposób na siebie. Za to, że pozwalała mi żyć po swojemu i popełniać błędy, szukając swojej drogi. Za to, że nigdy nie zwątpiła w to, że w końcu mi się uda.

Previous Older Entries